Przyjechała po męża. 21 października 1939 roku na krobskim Rynku

Przyjechała po męża

Helena Gil dostała wiadomość, że może przyjechać do Krobi po zatrzymanego męża. Wzięła ze sobą dwóch najstarszych synów. Tego samego dnia, w sobotnie popołudnie 21 października 1939 roku, zobaczyła, jak Stanisław ginie pod wschodnią ścianą ratusza – razem z czternastoma innymi Polakami z Krobi i okolic.

Mija 87 lat. Ta egzekucja nie była wybuchem zemsty ani przypadkiem wojny. Miejsce rozstrzelania, wóz na ciała i grób na cmentarzu były gotowe, zanim ktokolwiek ogłosił wyrok.


Przechodzimy przez Rynek w drodze do sklepu, urzędu albo kościoła. Mijamy ratusz, krzyż, tablice. Łatwo zapomnieć, że to samo miejsce zostało kiedyś starannie przygotowane do zabijania ludzi – i że przygotowania trwały na oczach całego miasta.

Belki, worki i łopaty

Pierwsze znaki pojawiły się kilka dni wcześniej. Pod nadzorem Niemców przy wschodniej ścianie ratusza rozebrano fragment bruku. Zwieziono drewniane belki i worki wypełnione trocinami. Z nich zbudowano osłonę, która miała zatrzymywać pociski.

(grafika wygenerowana w AI)

Antoni Kołodziejczak, który później oglądał egzekucję z okna domu przy Rynku, zapamiętał tę wielką drewnianą ścianę obłożoną workami. Na początku nikt nie wiedział, czemu ma służyć. Wkrótce nikt nie miał już wątpliwości.

W tym samym czasie na cmentarzu katolickim mieszkańcy wyznaczeni przez okupanta kopali dużą mogiłę.

Ktoś, kto zleca wykopanie wspólnego grobu, wie już, ilu ludzi w nim spocznie. Wie to, zanim zbierze się jakikolwiek „sąd”.

Liczba ustalona w Poznaniu

Przez lata egzekucję w Krobi przedstawiano czasem jako niemiecki odwet za wydarzenia z pierwszych dni wojny. Niemcy rzeczywiście posługiwali się śmiercią miejscowych volksdeutschów i oskarżeniami wobec Polaków jako uzasadnieniem represji. Ale to był pretekst, nie przyczyna.

18 października 1939 roku, na odprawie w Poznaniu, wskazano miejscowości, w których mają się odbyć publiczne egzekucje, i przewidywaną liczbę ofiar. Przy Krobi zapisano: co najmniej 25 osób.

Dopiero potem odbył się w Krobi niemiecki „sąd”. Najpierw liczba, potem wyrok. Ta kolejność mówi o tamtym postępowaniu wszystko.

Trzydziestu w ratuszu

Bezpośrednio przed egzekucją zatrzymano około trzydziestu Polaków z Krobi i okolic. Część z nich trzymano w ratuszu – kilka metrów od miejsca, gdzie stawiano osłonę z belek.

Nie byli jedną grupą. Byli wśród nich urzędnicy i robotnicy, właściciele ziemscy i rolnicy, rzemieślnicy, policjant, kolejarz. Jedni znani z działalności społecznej, inni niczym się nie wyróżniali. Niektórzy byli na niemieckich listach od dawna, innych wskazano w pierwszych tygodniach okupacji.

Przy wyborze ofiar okupant korzystał z miejscowej wiedzy: donosów i informacji od lokalnych Niemców. Nie znaczy to, że każdy, kogo późniejsze relacje wymieniają z nazwiska, brał udział w egzekucji. Ale mechanizm był typowy dla tamtych miesięcy: państwowa machina terroru chętnie sięgała po sąsiedzkie konflikty, stare urazy i wiedzę o tym, kto jest kim w miasteczku.

Sobota

Około południa 21 października do Krobi przyjechali funkcjonariusze i żołnierze, którzy mieli przeprowadzić egzekucję. Mieszkańcom kazano zgromadzić się na Rynku i oglądać to, co okupant nazywał „sprawiedliwością”. Na wylotach placu stanęli uzbrojeni ludzie.

Wielu krobian nie wyszło z domów. Patrzyli zza firanek.

W ratuszu zebrał się niemiecki sąd policyjny. Postępowanie trwało krótko. Zatrzymanych było około trzydziestu. Plan z Poznania mówił o co najmniej dwudziestu pięciu. Na śmierć skazano piętnastu.

Skazanym pozwolono napisać kilka słów pożegnania do rodzin. Bliscy próbowali dostać się pod ratusz. Nie dopuszczono ich. Żona nie mogła pożegnać męża, matka syna, dzieci ojca.

I gdzieś w tym tłumie stała Helena Gil z dwoma synami – przekonana jeszcze rano, że wróci ze Stanisławem do domu.

Ośmiu, potem siedmiu

Skazanych wyprowadzono z ratuszowego podwórza.

Pierwszych ośmiu szło bez nakryć głowy, z podniesionymi rękami. Ustawiono ich przed osłoną z belek i worków. Padła salwa. Niemcy sprawdzili, czy wszyscy nie żyją. Ciała szybko przeniesiono na czekający wóz.

Potem wyprowadzono siedmiu następnych. I wszystko powtórzyło się od początku.

Osiem plus siedem. Piętnaście.

Wóz pojechał ulicami miasta na cmentarz katolicki, do wykopanej wcześniej mogiły. Wyznaczeni mieszkańcy ułożyli zamordowanych obok siebie i zasypali grób. Rodzin przy tym nie było – nie pozwolono im.

Antoni Kołodziejczak po latach zamknął to jednym zdaniem:

„Okropny obraz, przez całe życie, pozostanie w pamięci.”

Piętnastu

Z Krobi: Jan Borowski, Antoni Böhm, Marceli Chudy, Julian Łoniewski, Henryk Pawlicki, Kazimierz Sonnenberg, Jan Trawiński.

Z okolicznych wsi: Wojciech Holewiński z Ziemlina, Stanisław Gil z Niepartu, Józef Korytowski z Chwałkowa, Marian Sumiński z Kuczyny, Franciszek Wolny z Karca.

Z Pępowa: Feliks Poprawa, Jan Szczurny, Walenty Walczak.

Najmłodsi mieli około dwudziestu lat. Najstarszy – ponad sześćdziesiąt. Był wśród nich krawiec i rzeźnik, pracownik budowlany i urzędnik miejski, kolejarz, policjant, zarządca majątku, właściciele ziemscy, rolnicy i robotnicy rolni.

Nie łączył ich zawód ani pozycja. Łączyło ich to, że byli Polakami, a ich śmierć miała być ostrzeżeniem dla wszystkich pozostałych.

Kto to zrobił

Na poziomie organizacyjnym odpowiedzialność jest jasna. Egzekucja była częścią niemieckiej operacji terroru prowadzonej przez Policję Bezpieczeństwa i Służbę Bezpieczeństwa – Sipo i SD – oraz działające w Polsce Einsatzgruppen.

Krobia znalazła się wśród wielkopolskich miejscowości objętych akcją nazywaną później „Trzema Dniami Terroru”. 20, 21 i 23 października 1939 roku podobne publiczne egzekucje odbyły się m.in. w Gostyniu, Poniecu, Kościanie, Śmiglu, Lesznie, Kórniku i Śremie. W ciągu tych kilku dni zamordowano w Wielkopolsce setki Polaków. Krobia nie była wyjątkiem. Była punktem na mapie.

Nowsze opracowania wiążą krobską egzekucję przede wszystkim z Einsatzkommando 11, działającym przy udziale szerszego niemieckiego aparatu policyjnego i lokalnych struktur okupacyjnych. Kto dokładnie stał tego dnia w plutonie – tego do dziś nie ustalono z pewnością. Nie zmienia to jednego: była to zbrodnia niemieckiego państwa okupacyjnego, zaplanowana i wykonana jako element polityki terroru.

Dlaczego na Rynku

Zabić piętnastu ludzi Niemcy mogli w każdym miejscu – w lesie, na żwirowni, za miastem. Wybrali środek Krobi.

Przygotowania prowadzono tak, żeby wszyscy je widzieli. Mieszkańcom kazano patrzeć. Ciała wieziono przez miasto. Chodziło nie tylko o to, by usunąć konkretnych ludzi, ale by reszta zapamiętała, czym od teraz grozi sprzeciw.

Terror miał zostać zapamiętany.

I został – ale zupełnie inaczej, niż chcieli ci, którzy go zaplanowali.

Dwa miejsca

Pamięć zaczęto utrwalać zaraz po wojnie.

Miejsce egzekucji przy wschodniej ścianie ratusza upamiętniono już w 1945 roku. W 1990 roku przebudowano je i postawiono granitowy krzyż, który razem z tablicami z nazwiskami stoi tam do dziś.

Nad zbiorową mogiłą na cmentarzu parafialnym pomnik odsłonięto w 1947 roku. W październiku 1990 roku również go przebudowano i uzupełniono granitowym krzyżem. Oba miejsca powstały wspólnym wysiłkiem władz Krobi, mieszkańców i rodzin ofiar.

Od tamtej pory co roku 21 października krobianie przychodzą na Rynek i na cmentarz. Składają kwiaty, modlą się, stają na apelach. Przychodzą rodziny zamordowanych, kolejne roczniki uczniów, mieszkańcy, przedstawiciele organizacji i władz miasta.

Zanim przejdziesz obok

Piętnaście nazwisk na tablicy z czasem łatwo zamienia się w piętnaście napisów, które mija się bez patrzenia.

A to byli ludzie. Mieli żony, dzieci, rodziców, sąsiadów. Prowadzili zakłady, pracowali w urzędzie, na kolei, w majątkach. Chodzili tymi samymi ulicami co my. Jeszcze kilka tygodni wcześniej myśleli pewnie, że wojna to front i walczące armie – coś, co dzieje się gdzie indziej.

21 października 1939 roku wojna przyszła na krobski Rynek. Miała postać drewnianych belek, worków z trocinami i wozu jadącego na cmentarz.

Jutro, idąc przez Rynek, zatrzymaj się na chwilę przy ratuszu. Przeczytaj te nazwiska:

Antoni Böhm. Jan Borowski. Marceli Chudy. Stanisław Gil. Wojciech Holewiński. Józef Korytowski. Julian Łoniewski. Henryk Pawlicki. Feliks Poprawa. Kazimierz Sonnenberg. Marian Sumiński. Jan Szczurny. Jan Trawiński. Walenty Walczak. Franciszek Wolny.

Nie jak listę. Jak ludzi.

Skąd to wiemy

Artykuł opiera się na kwerendach źródłowych prowadzonych dla krobia.org i porównaniu dokumentacji dotyczącej egzekucji, a także na pracach Andrzeja Miałkowskiego, Roberta Czuba i Magdaleny Sierocińskiej, materiałach Instytutu Pamięci Narodowej i Muzeum Martyrologii Wielkopolan – Fort VII, dokumentacji grobownictwa wojennego Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego oraz zachowanych wspomnieniach mieszkańców Krobi, zwłaszcza Antoniego Kołodziejczaka i Henryka Kamińskiego.

Wykorzystano również dokumentację zbiorowej mogiły piętnastu ofiar oraz krobskich miejsc pamięci.